Zerwany Przyczep Klatki Piersiowej – część 1

(20 stycznia 2017) – Nic nie zapowiadało, że najbliższe miesiące będą dla mnie najgorszym okresem w moim życiu. Mam kochającą rodzinę, cudowną narzeczoną, w życiu zawodowym mi się układało, a sylwetka z każdym dniem ulegała poprawie. Na dodatek czułem się mocny, już niedługo miałem zbliżyć się do 600kg w trójboju. Wszystko zmierzało w dobrym kierunku. Niestety, 20 stycznia 2017 musiałem zweryfikować swoje plany na przyszłość i ukierunkować swoje działania w dziedziny, których nie chciałem tak dogłębnie ruszać, jeszcze nie w tym momencie.

O 13.00, na półtorej godziny przed rozpoczęciem pracy, zacząłem swój trening. Rozpocząłem tradycyjnie od 10 minut na rowerku, by przejść do rozgrzewki dynamicznej (wszelkiego typu wymachy, krążenia, skłony). Następnie zacząłem szykować się do właściwego treningu. By było zabawniej – zawsze trenuje w tank topie, tego dnia założyłem specjalnie grubą bluzę, by nie wystawiać ciała na niskie temperatury (w końcu mieliśmy środek zimy). Tego dnia chciałem sprawdzić na jakim aktualnie jestem etapie przygotowań, sprawdzając się na ławce poziomej. Planowałem oszacować swój 1RM na daną chwilę (oczywiście w przybliżeniu), robiąc wyciskanie sztangi 110kg na 3 powtórzenia. Zanim jednak doszedłem do serii zasadniczej – zrobiłem kilka serii rozgrzewkowych, wstępnie przygotowując organizm na czekające go wyzwanie. Pierwsza seria jak dobrze pamiętam była na samym gryfie (15 powtórzeń), by później zacząć od 5 serii wstępnych 50% (12 p.) – 60% (10 p.) – 70% (8 p.) – 80% (5 p.) – 90% (3 p.), by przejść do serii finałowej.

Może to Wam wydać się śmieszne, ale nie chciałem podchodzić do 110kg. Wewnętrzny głos podpowiadał mi, bym zakończył trening. Nie lubię patosu i ubarwiania, ale tak właśnie było. Powiem więcej, dwa dni przed tym wydarzeniem mówiłem, że zrobię sobie dwa dni przerwy od treningu siłowego, bo czułem już zmęczenie. Odpocząłem tylko 24h. To był mój błąd, nie posłuchałem się własnego organizmu. Wracając już do serii finałowej, w końcu podszedłem pod sztangę ważącą 110kg. Tutaj już było pełne skupienie, jak zresztą przy każdej serii jaką wykonuje. Zawsze z szacunkiem do ciężaru.

Przy 3 powtórzeniu, wraz z rozpoczęciem fazy koncentrycznej, gdy sztanga zaczęła unosić się w kierunku sufitu – nagle odcięło mi prąd. Klatka piersiowa jakby przeskoczyła w kierunku obojczyka (Efekt pękniętej gumy). Bardzo dziwne uczucie, które ciężko mi było opisać w styczniu, a teraz tym bardziej, gdy minęło już pół roku od tego wydarzenia. Miałem szczęście, że stał za mną kolega, który umiał odpowiednio zareagować. Ogarnięty asekurant naprawdę potrafi uratować tyłek. Jedyne co mi pozostało powiedzieć to: „O kurwaaaaa, o jezuuuu”. Nagrałem film z ostatniej serii. Nie ogląda mi się go przyjemnie. Na filmie doskonale widać, jak klatka piersiowa unosi się do góry. Straszny widok, szczególnie dla mnie.

Liczyłem po cichu, że nie będzie to aż tak poważny uraz – może naderwanie. Miałem podstawy, by tak sądzić, gdyż żadnego krwiaka nie miałem, ból nie był mocny. Przecież w sieci wielokrotnie widziałem jak wyglądała klata po zerwaniu ścięgna – ogromny krwiak, rozlewający się na całą klatkę piersiową. Tutaj nie było o tym mowy. Wiedziałem, że będę musiał zrobić sobie przerwę od dźwigania, ale byłem święcie przekonany, że to chwilowa niedyspozycja, a nie poważny uraz. Byłem dobrej myśli.

Pierwsze co zrobiłem to udałem się do naszego pokoju socjalnego (trenowałem w miejscu swojej pracy) i przyłożyłem lód w kontuzjowane miejsce i udałem się do szpitala. Zanim zobaczył mnie lekarz, minęła godzina, bo aktualnie nikogo nie było na oddziale, ale już zdążyłem się przyzwyczaić do takiej sytuacji. Mamy taką służbę zdrowia jaką mamy, moje wkurwienie nic by nie wniosło w temacie, a poziom kortyzolu już tak wywindował stanowczo powyżej górnej granicy, więc cierpliwie czekałem. Jestem z natury spokojnym człowiekiem. Lekarz medycyny po krótkich oględzinach stwierdził, iż nadwyrężyłem sobie kończynę górną i zlecił dwutygodniową przerwę od wszelkich ćwiczeń i po tym okresie zrobić USG. Nic jeszcze nie wskazywało na zerwanie.

(23 stycznia 2017) – Dwa dni później (uraz miałem w piątek) udałem się prywatnie do ortopedy, który stwierdził iż nastąpiło: Naderwanie przyczepu bliższego mięśnia dwugłowego ramienia oraz przyczepu obwodowego bliższego mięśnia piersiowego. Zalecił również bym unieruchomił kończynę górną, używając plastra (Taping). Przepisał również Clexane (Enoksaparyna), lek przeciwzakrzepowy oraz zalecił zastosowanie ultradźwięków (USG), by zobaczyć jak poważny jest ten uraz. Również kazał wstrzymać się z USG, bo krwiak który pojawił się 24h po urazie uniemożliwiłby prawidłowy odczyt. Moja wizyta trwała niecałe 5 minut, kosztowała mnie ona 130 polskich złotych. 26 złotych za minutę, ale… przecież za wiedzę się płaci. W głowie podliczyłem sobie wydatki jakie mnie jeszcze czekają (jak pokazała przyszłość był to dopiero początek kosztów związanych z urazem jaki doznałem) i nie była to optymistyczna wizja.

Ciężko było szukać pozytywów, ale jeden był. Lekarz stwierdził bowiem, iż nastąpiło naderwanie, więc może nie jest aż tak źle, być może moje przeczucia się sprawdzają. Oczywiście była to złudna nadzieja, bardzo mocno w nią wierzyłem. Przecież jak lekarz może sprawdzić czy ścięgno uległo zerwaniu poprzez dotyk, przecież to nie magik.

Wróciłem do domu i zacząłem szukać informacji na temat wszelkiego typu naderwań i zerwań, analizując i szukając podobieństw do mojego uraz. Znajomy fizjoterapeuta doradził mi robienie zimnych okładów oraz nakładanie na kontuzjowane mięśnie Diclofenac, niesteroidowy lek przeciwzapalny. Nie mogłem go dorwać, ale kupiłem inny, o podobnym składzie – Diclac. Z każdym dniem było coraz lepiej, krwiak stopniowo zaczynał schodzić, powoli również zaczynałem odzyskiwać naturalny zakres ruchu.

(08 luty 2017) – Po dwóch tygodniach, tak jak zalecił lekarz udałem się do pracowni USG, by ostatecznie rozwiać wszelkie wątpliwości. Odczekałem kwadrans i wszedłem do ciemnego pomieszczenia, spowitego mrokiem. W środku stał lekarz, wpatrzony w ekran swojego komputera, wodząc wzrokiem po wirtualnym szkielecie, zdawał się zupełnie mnie nie zauważać (Nie no dobra, Danem Brownem nie jestem). Zapytał się mnie jaki jest cel wizyty, a następnie poprosił bym ściągnął koszulkę i położył się na specjalistycznym łóżku, położonym obok ultrasonografu. Okolice klatki piersiowej oraz dwugłowego ramienia zostały nasmarowane specjalistycznym żelem, ułatwiającym przewodzenie. I zaczęło się badanie, które trwało z 10 minut. Lekarz głowił się i głowił, aż w końcu odrzekł: „Stawiałbym na całkowite zerwanie”. W jego głosie nie dostrzegałem jednak 100% pewności. Zalecił mi bym jak najszybciej zdecydował się na operację, jeśli jeszcze zależy mi na dźwiganiu ciężarów. Stwierdził, iż pozostało mi ok. 6 miesięcy czasu, zanim włókna ulegną zwapnieniu. Później to nie będzie już miało większego sensu.

Wyszedłem totalnie zdruzgotany, zresztą moi podopieczni szybko to zauważyli, gdyż na treningu nie byłem sobą. A jednak czeka mnie stół – pomyślałem. Najczarniejszy scenariusz zaczynał się sprawdzać. Wiele dni myślałem nad tym co się stało, analizując przyczyny powstałego urazu. Czynników mogło być wiele: przetrenowanie (zbyt częste treningi, 5-6 sesji treningowych w tygodniu), brak odpowiedniej regeneracji (mało snu, zarywałem nocki), olewanie stretchingu (zbyt krótkie rozciąganie), skończywszy na zbyt szerokim prowadzeniu łokci podczas samego wyciskania. Layne Norton, który podobnie jak ja całkowicie zerwał przyczep klatki piersiowej, tak pisał na forum o przyczynach tego urazu:”I say this because people always will look at someone who tears their pec and say „oh he was using bad form” or „he wasn’t doing it right” etc etc. Thinking it can’t happen to ME. You are kidding yourself. When I was researching pec tears after it happen I came across people who had torn it doing 15 rep sets, one guy tore his doing PUSH UPS! If you think it can’t happen to you then you are out of your mind. Using good form helps, warming up and stretching helps, but there is no sure fire way to prevent injury… sometimes ‚**** just happens’”. Może po prostu miałem pecha. Jednak po dłuższym zastanowieniu, bije się pierś – mogłem schować łokcie podczas wyciskania, nie prowadząc ich tak szeroko. Na swoją obronę mam to, że taką wiedzę przekazali mi mistrzowie rangi krajowej, światowej. Wystarczy wpisać w wyszukiwarce YouTube – Trening Klatki Piersiowej. Tak wyciskają kulturyści, miałem słabe wzorce. Wyciągnąłem jednak wnioski z tej lekcji. Mądry Polak po szkodzie…

Kolega fizjoterapeuta poradził mi jednak, bym jeszcze raz zrobił USG, tym razem na Narodowy Fundusz Zdrowia w celu upewnienia się, czy faktycznie jest to zerwanie ścięgna – w końcu lekarze mogą się mylić, jak każdy z nas. I tak oto zaczęła się moja przygoda z NFZ. Od tej pory wszystko robiłem już na kasę chorych, począwszy od rezonansu, samej operacji, skończywszy na rehabilitacji (Zajęcia z fizjoterapeutą, jonoforeza).

Poszedłem więc zarejestrować się na darmową wizytę u ortopedy. Powiem Wam szczerze, nie wiedziałem, że tyle w naszym kraju jest kontuzjowanych ludzi. Na 5 metrach kwadratowych tłoczyło się chyba z 30 osób. Spokojnie czekałem w swojej kolejce, nauczony doświadczeniem. Po ok. 30 minutach Pani na recepcji zapisała mnie na najbliższy możliwie termin. Na wizytę musiałem czekać dwa tygodnie. I tak minął miesiąc od mojej kontuzji…

Komentarze