Zerwany Przyczep Klatki Piersiowej – część 3

(17 Kwietnia 2017) – Nie ukrywam, że z podekscytowaniem czekałem na ten dzień. Nigdy w życiu nie leżałem na stole operacyjnym, a że lubię przeżywać nowe doświadczenia – uznałem, że może być to niezła przygoda (tak wiem, nie jestem normalny). Wiele osób obawia się interwencji chirurgicznej, czytając o możliwych powikłaniach po narkozie. Zawsze pozytywnie podchodzę do otaczającego mnie świata, więc nawet przez myśl mi nie przeszło, że coś złego może się wydarzyć. Zresztą zgodnie ze światowymi danymi zaledwie od 0.1 do 0.2 procent wszystkich operowanych miało jakiekolwiek problemy podczas wybudzania. To nie mogło się nie udać.

Planowany termin operacji miałem na 10 kwietnia, lecz z przyczyn mi niejasnych zostało to odłożone w czasie – ale tylko o tydzień, więc żaden problem. W poniedziałek stawiłem się na oddział z całą dokumentacją medyczną, którą do tej pory zgromadziłem. Siostra, która była obecna tego dnia przy rejestracji pacjentów zaprowadziła mnie na oddział, gdzie miałem oczekiwać na sądny dzień. Muszę stwierdzić, że w Poznaniu mają naprawdę miłą obsługę. Nie czułem się tam jak piąte koło u wozu. Jeśli zastanawiacie się, gdzie udać się na zabieg kończyny górnej – śmiało polecam Wam szpital kliniczny Im. Wiktora Degi.

Na oddziale nie byłem sam, miałem 4 kompanów. Siedziałem, a w sumie leżałem z młodym żużlowcem, który podczas treningu naruszył sobie kość u ręki (już nie pamiętam dokładnie którą), z dowcipnym starszym Panem, którego syn podczas prac ogrodniczych – potraktował, zupełnie przypadkowo 10 kilogramowym młotkiem w dłoń; z pracownikiem, który uciął sobie podczas pracy palec i naruszył przy okazji inne i właśnie czekał na ponowne przyszycie oraz jegomość czekający na rekonstrukcję stawu barkowego, no i ja z całkowitym zerwaniem ścięgna mięśnia piersiowego.

W szpitalu miałem spędzić w sumie 2 noce: przyjechać w poniedziałek, we wtorek operacja, a w środę powrót do domu. Ostatecznie przeleżałem 5 dni, w domu byłem w sobotę. Już nawet nie pamiętam dlaczego się to tak przedłużyło, być może zabrakło lekarza prowadzącego, nieistotne. Całe szczęście, że jak to zwykle u mnie bywa, nawet na jednodniową wycieczkę zabieram pełen bagaż, więc nie musiałem się martwić o podstawowe rzeczy typu bielizna – byłem dobrze przygotowany.

Cały tydzień w szpitalu to tak jak cały miesiąc na zewnątrz, dni upływały mi bardzo wolno. Praktycznie cały czas spałem, czytałem, oglądałem TV i wyczekiwałem na nowy odcinek Prison Break, bo akurat wtedy wychodził na Foxie. Mój sen przerywany był często przez siostrę, która kazała mi raz po raz chodzić na badania. Troszkę tego było. Poznałem cały szpital, odwiedziłem każde piętro rehabilitacyjno-ortopedycznego szpitalu klinicznego. Doświadczyłem również na własnej skórze co to znaczy szpitalna dieta, ale całe szczęście na dole była kantyna, więc mogłem zjeść swoją ulubioną jajeczniczkę z chlebkiem, a nie bułkę z miodem, czy chleb z masłem i „szynką”.

Podczas pobytu w szpitalu miałem wiele rozmów z lekarzami, którzy chcieli znać historię mojej choroby. Lekarz prowadzący próbował mnie odwieść od operacji, mówiąc, że zabieg może się nie udać (za długi okres od urazu do operacji), że polski kulomiot Tomasz Majewski również zerwał przyczep klatki piersiowej i nie przeszkadza mu to w zdobywaniu tytułu (nie wiem na ile jest to prawdą), ale miałem w to w poważaniu. Jestem trenerem oraz uprawiam kulturystykę, więc nie jest to dla mnie tylko i wyłącznie kosmetyka. Byłem zdecydowany na ten zabieg. Dzień przed operacją anestezjolog poinformował mnie (oczywiście po uprzednio przeprowadzonym wywiadzie), że podczas operacji będę całkowicie znieczulony (znieczulenie ogólne), że w dniu operacji dostanę: „głupiego Jasia”, czyli procedury, procedury i jeszcze raz procedury. Również na dzień przed operacją zostałem poinformowany, że po kolacji nie mogę już spożyć żadnego posiłku oraz, że przed samą operacją muszę dokładnie się umyć płynem dezynfekującym.

(21 kwietnia 2017) – Na salę operacyjną wchodziłem jako trzeci z kolei. Głównym tematem rozmów tego dnia było: „ciekawe jak będzie się zachowywał po wybudzeniu”. Cieszę się, że nie byłem pierwszy, bo ominąłby mnie niezły kabaret. Pierwszy pacjent (Artroskopio barku) wielce dziękował pielęgniarkom za udany zabieg, nazywając je pieszczotliwie królewnami. Młody żużlowiec odpalił Facebooka i zaczął dziękować sponsorom i kibicom, że trzymali za niego kciuki. Powstrzymaliśmy go od umieszczenia tego filmu w sieci, gdyż stałby się on hitem na polskim Youtubie. Ja ponoć byłem względnie spokojny, chociaż o własnych siłach, bez niczyjej pomocy chciałem zejść z łóżka operacyjnego. Panie pielęgniarki musiały mnie mocno trzymać. Szybko położyłem się na łóżku i zasnąłem. Odnośnie samego zabiegu to pamiętam pierwsze 2-3 minuty, jak wjeżdżałem na łóżku do chłodnego pomieszczenia, gdzie zostałem podczepiony do całej aparatury. Następnie została mi założona maska i tylko tyle, film urwany jak po dobrym melanżu. Najważniejsze, że operacja się udała, ale o tym dowiedziałem się trochę później, na kolejnym obchodzie.

 

Przez kilka pierwszych godzin byłem jeszcze otumaniony lekami, ciężko mi było utrzymać równowagę, w głowie się kręciło, a cholernie chciało mi się siku. Była to dla mnie mission impossible, ale jakoś dałem radę. Po operacji cały dzień przespałem w łóżku. Co jakiś czas dostawałem leki przeciwbólowe, bo ból był nie do zniesienia. Jestem wrogiem niesteroidowych leków przeciwzapalnych, nie pamiętam nawet kiedy ostatnio raczyłem się tabletką przeciwbólową, ale po zabiegu stałem się jej przyjacielem. Dziennie łykałem nawet 4 tabletek, bo ból był nie do zniesienia. W ostatni dzień lekarz prowadzący poinformował mnie, że wszystko przebiegło po mojej myśli. Została przepisana mi recepta na leki przeciwbólowe oraz na kamizelkę ortopedyczną, która miała unieruchomić mi kończynę górną.

Opatulony w prowizoryczną kamizelkę ruszyłem w drogę powrotną do domu. W sobotę byłem już w moim rodzinnym Krośnie Odrzańskim. Nareszcie, czekała mnie jeszcze tylko jedna wizyta. Za 2 tygodnie miałem udać się na ostatnie konsultacje w sprawie zdjęcia szwów. Przygoda z Poznaniem miała dobiec końca, tak wtedy myślałem. Po pierwszym tygodniu wiedziałem jednak, że coś jest nie tak…

 

Komentarze